Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Niekompetencja dorosłych profesjonalistów

Odcinek 1: Nie umiem. I ktoś to widzi.

Kiedy ekspert zostaje początkującym

Do szkół psychoterapii rzadko przychodzą ludzie, którzy dopiero zastanawiają się, kim właściwie są zawodowo.

Przychodzą ludzie, którzy już coś potrafią. Psychologowie, lekarze, nauczycielki, menedżerki, prawnicy, przedsiębiorcy. Ludzie trzydziesto-, czterdziesto- i pięćdziesięcioletni, którzy od lat pracują, podejmują decyzje, prowadzą zespoły, odpowiadają za innych, rozwiązują problemy i na ogół całkiem nieźle radzą sobie z życiem.

W swoich światach bywają ekspertami.

A potem przychodzą do szkoły psychoterapii.

„Kto dziś chciałby zrobić ekspozycję?”

Siadają w kręgu i pewnego dnia pada to niewinne:

„Kto dziś chciałby zrobić ekspozycję?”

Nagle okazuje się, że niezwykle interesujące jest patrzenie w podłogę. Ktoś przypomina sobie o notatkach, które właśnie teraz wymagają pilnego uporządkowania, ktoś inny odkrywa gwałtowną potrzebę napicia się wody, choć jeszcze trzy sekundy wcześniej jego organizm nie zgłaszał najmniejszego zapotrzebowania na płyny.

W końcu ktoś jednak siada na krześle terapeuty.

Naprzeciwko siada klient. Grupa patrzy. Nauczyciel patrzy.

Klient milczy.

Terapeuta też.

Po kilku sekundach w głowie zaczynają pojawiać się wszystkie przeczytane książki o Gestalcie. Fenomenologia, figura i tło, granica kontaktu, teoria pola. Cała delegacja przybyła na czas, tylko żadna z tych szacownych koncepcji nie chce odpowiedzieć na jedno dość pilne pytanie:

Co ja mam teraz zrobić?

Więc terapeuta coś robi. Pyta. Czeka. Pyta jeszcze raz. Próbuje eksperymentu. Czasem trafia, czasem nie. Czasem po ekspozycji okazuje się, że poszedł za szybko, przeoczył zmianę w głosie klienta albo przykrył kolejnym pytaniem ciszę, z którą warto było zostać odrobinę dłużej.

I właśnie wtedy zaczyna dziać się coś znacznie ciekawszego niż nauka kolejnej techniki.

Spotkanie z własnym „nie umiem”

Dorosły profesjonalista spotyka się z własnym „nie umiem”.

Oczywiście wszyscy wiemy, że jesteśmy początkujący. Potrafimy nawet powiedzieć to całkiem dojrzale: „przecież dopiero się uczę”. Intelektualnie wszystko się zgadza.

Tyle że czym innym jest wiedzieć, że się czegoś jeszcze nie umie, a czym innym siedzieć na środku sali i doświadczać tego przy świadkach.

Bo do szkoły psychoterapii nie przychodzimy jako czysta kartka. Przychodzimy ze wszystkim, czego nauczyliśmy się o sobie przez poprzednie dwadzieścia czy trzydzieści lat.

Wiem, że jestem odpowiedzialna. Wiem, że szybko się uczę. Wiem, że potrafię myśleć. Ludzie liczą się z moim zdaniem. W trudnych sytuacjach zwykle sobie radzę. Przez lata zgromadziłam całkiem sporo dowodów na to, że można na mnie polegać.

To nie jest pycha. To jest tożsamość zbudowana z doświadczenia.

I nagle pojawia się nowy zawód, który mówi trochę bezczelnie:

„Świetnie. A teraz zobaczymy, jak sobie poradzisz w miejscu, w którym jeszcze tego wszystkiego nie umiesz”.

Co więcej, niektóre cechy, które świetnie służyły nam przez lata, tutaj wymagają czasem korekty. Człowiek nagradzany za szybkie myślenie może usłyszeć: „za szybko wiedziałaś”. Ktoś, kto jest znakomity w rozwiązywaniu problemów, dowiaduje się: „nie rozwiązuj jeszcze”. Ktoś, kto sprawnie przejmuje odpowiedzialność, ma spróbować nie prowadzić sytuacji i zobaczyć, co wydarzy się pomiędzy nim a drugim człowiekiem.

A osoba przyzwyczajona do znajdowania odpowiedzi zaczyna podejrzewać, że jednym z dojrzalszych zdań terapeuty może być:

„Nie wiem jeszcze”.

Trochę bezczelny ten zawód.

Od informacji zwrotnej do zwątpienia

Myślę, że właśnie dlatego czasem boli to bardziej, niż moglibyśmy się spodziewać.

Nie sama niewiedza jest najtrudniejsza. Trudna jest rozbieżność pomiędzy tym, jak znam siebie z reszty życia, a tym, jak widzę siebie tutaj.

Tam jestem szybka, tutaj się waham. Tam inni pytają mnie o zdanie, tutaj ktoś zwraca mi uwagę na coś, co wydarzyło się pół metra ode mnie i czego kompletnie nie zauważyłam. Tam wiem, że jestem kompetentna. Tutaj przez kilka minut wcale się tak nie czuję.

I wtedy bardzo łatwo dzieje się pewien psychologiczny skrót.

Nauczyciel mówi:

„Tutaj chyba trochę za szybko zmieniłaś temat”.

A we mnie zdanie podróżuje dalej i po drodze zmienia treść.

Najpierw staje się:

„Nie zauważyłam czegoś ważnego”.

Za chwilę:

„Nie mam wyczucia”.

A potem, jeśli wstyd ma akurat dobry dzień:

„Może ja się do tego nie nadaję”.

Wstyd jest wyjątkowo sprawnym tłumaczem. Niestety nie zawsze szczególnie wiernym.

Być widzianym w miejscu, w którym się nie potrafi

W gestaltowskim myśleniu o wstydzie, między innymi u Gordona Wheelera i Roberta G. Lee, szczególnie ważny jest jego relacyjny wymiar. Wstyd nabiera szczególnej siły w doświadczeniu bycia widzianym przez drugiego człowieka. Nie chodzi więc wyłącznie o to, że czegoś nie potrafię. Chodzi również o to, że ktoś widzi mnie w miejscu, w którym nie potrafię.

I chyba właśnie to sprawia, że ekspozycje bywają tak poruszające.

W dorosłym życiu dość sprytnie nauczyliśmy się organizować rzeczywistość tak, żeby większość tego, czego kompletnie nie umiemy, robić raczej prywatnie. Pierwszą zupę można dyskretnie wylać. Prezentację poprawić późnym wieczorem. Instrukcję przeczytać jeszcze raz, zanim ktokolwiek zauważy, że nie rozumiemy z niej właściwie nic.

Psychoterapia jest pod tym względem wyjątkowo niewygodna.

Kontakt wydarza się teraz.

Nie ma wersji roboczej klienta. Nie można zatrzymać sesji i powiedzieć:

„Chwileczkę, zrobię jeszcze jeden draft”.

I dlatego ekspozycja pyta nas o coś więcej niż tylko o techniczne umiejętności.

Pyta:

Czy potrafisz być widziana również wtedy, kiedy nie jesteś świetna?

To jest zupełnie inne pytanie niż:

„Czy umiesz prowadzić sesję?”.

Początkujący w jednym miejscu, kompetentny w innym

I tutaj chcę powiedzieć studentom coś ważnego.

To, że w tym pokoju jesteście początkujący, nie unieważnia wszystkiego, czym jesteście poza nim. Nie tracicie inteligencji, doświadczenia ani kompetencji tylko dlatego, że nie zauważyliście figury, przestraszyliście się ciszy albo zadaliście pytanie, które po pięciu sekundach sami najchętniej zabralibyście z powrotem.

Można być świetną lekarką i początkującą terapeutką. Można zarządzać dwustuosobową firmą i kompletnie zgubić się przy jednym człowieku siedzącym naprzeciwko. Można być znakomitym psychologiem i nadal uczyć się, jak przez trzydzieści sekund niczego nie naprawiać.

To naprawdę nie jest sprzeczność.

To są po prostu dwa różne miejsca rozwoju.

Mam czasem wrażenie, że dorośli profesjonaliści próbują zawrzeć z nauką pewną cichą umowę:

„Dobrze. Zgadzam się być początkująca, pod warunkiem że nie będzie tego za bardzo widać”.

Niestety nauka psychoterapii rzadko takie umowy podpisuje.

Zgoda na niedoskonałość

Żeby nauczyć się prowadzić terapię, trzeba przez jakiś czas prowadzić ją gorzej, niż chciałoby się prowadzić. Nie nieodpowiedzialnie i nie kosztem klienta. W ramach szkolenia, własnej terapii, superwizji, konsultacji i bezpiecznych ram.

Po prostu niedoskonale.

Trzeba czegoś nie zauważyć. Za szybko zapytać. Dać się wciągnąć historii, kiedy właśnie coś ważnego wydarzało się w kontakcie. A potem móc to obejrzeć bez zamieniania jednej nietrafionej interwencji w referendum dotyczące całej swojej wartości albo w wewnętrzną debatę, która trwa jeszcze przez kilka następnych dni.

Być może więc jedną z pierwszych naprawdę ważnych kompetencji przyszłego terapeuty nie jest wiedza, co zrobić.

Jest nią zdolność pozostania na krześle wtedy, kiedy przez chwilę tego nie wie.

Byleście nie zobaczyli, że nie wiem

I właśnie tutaj zaczyna się dopiero ciekawa część tej historii.

Bo kiedy człowiek bardzo nie chce, żeby było widać, że czegoś jeszcze nie umie, staje się niezwykle pomysłowy. Może mówić więcej, myśleć szybciej, przygotowywać się jeszcze staranniej, przeczytać następne trzy książki, schować się w teorii albo — przeciwnie — dojść do bardzo rozsądnego wniosku, że „na kolejnym zjeździe więcej skorzysta, obserwując”.

Wszystko to może wyglądać całkiem profesjonalnie.

I wszystko może mieć sens.

Tylko czasem gdzieś pod spodem siedzi małe:

Byleście nie zobaczyli, że nie wiem, co robić.

Dopiero się rozkręcamy

W następnym odcinku właśnie temu się przyjrzymy.

Nie po to, żeby kogokolwiek przyłapywać na gorącym uczynku. Raczej po to, żeby zobaczyć, jak sprytnie próbujemy chronić siebie przed wstydem — i jak zrobić to trochę inaczej, żeby przy okazji nie ochronić się również przed uczeniem.

Jeżeli więc po swojej ostatniej ekspozycji pomyślałaś:

„Świetnie, przez najbliższe trzy zjazdy absolutnie się nie zgłaszam”,

zostań ze mną.

Dopiero się rozkręcamy. 🙂

Autorka: Iwona Dobrzyńska

Inspiracje do myślenia o relacyjnym wymiarze wstydu: Robert G. Lee i Gordon Wheeler (red.), „The Voice of Shame: Silence and Connection in Psychotherapy”.

Sprawdź warsztaty o wstydzie, które odbędą się jesienią:

Icon

Maski Wstydu

Krystyna Szarek-Waszkowska06-08 listopada 2026
Dowiedz się więcej

Zostaw swój komentarz